Lekarz i pacjent.

Ból trwa. Większy czy mniejszy, nieważne, każdego dnia jest ze mną. Dopadł mnie i nie odpuszcza. Dziwi mnie to, że jest ładna pogoda, nie ma wiatru, jest ciepło i powinno być lepiej. A nie jest…

Mam melancholijno-dołujący nastrój. Pobyt w Berlinie podkopał moje siły psychiczne, odebrał kolejną cząstkę mnie samej. Odebrał siłę i wiarę.
Tak sobie myślę, jak to jest? Jak to możliwe, żeby jeden lekarz mógł słowami zrobić tak wiele… W moim przypadku tak wiele złego. Nie podbudował mnie, nie zachęcił do walki, tylko zakopał kolejną nadzieję. A nadzieja, w moim przypadku, jest jedynym motorem do tego, żeby chciało mi się żyć, chciało mi się walczyć…

Pod koniec zeszłego roku, w grudniu, miałam wizytę w Warszawie (drugi raz), u uznanego neurochirurga, który zadziałał na mnie podobnie, twierdząc, że nie ma już dla mnie możliwości, nie ma pomocy, że on nie jest w stanie już nic zrobić. Być może musiał powiedzieć to tak wyraźnie, tak jak i ten profesor z Berlina…? Może tak trzeba, żebym nie robiła sobie nadziei, żebym nie szukała, bo być może rzeczywiście nie mogą mi pomóc? Może tak… Jednak wolę słyszeć takie słowa, jakie wypowiada mój neurochirurg, ten który mnie operował, który powtarza, że…

– Nie zostawię Pani. Coś zawsze można jeszcze zrobić.

I choć to „coś” to nie jest dobre wyjście, to jednak nie zostawia mnie samej. Przynajmniej daje złudzenie…

Jak widać różne są podejścia do pacjenta. Jedni patrzą tylko na ciało, inni trochę dalej…