Diagnoza i ucieczka

Po kilkunastu tygodniach szukania, dzwonienia, pytania wśród znajomych, trafiłam do onkologa – neurochirurga. ze szpitala onkologicznego, w Warszawie. Zlecił wykonanie MRI mózgu. Rzeczywistość polskiej służby zdrowia przygniotła mnie od razu. Termin w jakim mogłam wykonać badanie, był zabójczy – za 11 miesięcy. Na szczęście mój tata, neurobiolog, pomógł mi, dzięki znajomym, załatwić badanie wcześniej. Po dwóch tygodniach leżałam już w tubie i próbowałam przetrwać badanie. Każdy stuk, każdy puk, każda minuta spędzona w rezonansie, okazały się dla mnie koszmarem. Głowa wibrowała z bólu. Lewa strona twarzy na zmianę drgała i drętwiała. Łzy napływały do lewego oka i spływały wolno po policzku. A przecież nie mogłam się poruszyć. Nie mogłam nawet odrobinę zmienić pozycji głowy…

Dotrwałam do końca, choć były momenty, kiedy prawie naciskałam przycisk alarmowy, który wręczono mi do ręki, na wypadek gdybym nie wytrzymała. Przetrwałam siłą woli. Wola poznania przyczyny bólu była tak silna, że dodawała mi nadludzkiej siły.

Zdjęcia z rezonansu oglądało dwóch, wybitnych, uznanych specjalistów, neurochirurg i naukowiec – radiolog. Jednak ich wiedza nie wystarczyła do stuprocentowej diagnozy.

– Może to konflikt naczyniowo-nerwowy? – dywagowali – Ale nie jest tak duży, żeby powodował chyba taki ból… Może neuropatia? – usłyszałam.

Nie dostałam wtedy jasnej odpowiedzi, żadnej wiążącej diagnozy. Znowu byłam ja, mój ból i brak jakiejkolwiek nadziei na poznanie przyczyny… Mój koszmar nie ustawał, ból się nasilał. Wpadałam powoli w depresję.

Po kilku tygodniach znowu odwiedziłam neurochirurgię, w szpitalu onkologicznym. Chciałam dowiedzieć się czy może jednak ktoś może mi pomóc? Ocenić i opisać klisze z MRI. Choroba komplikowała mi wszystkie plany, rujnowała codzienne życie od lat.

Siedziałam w poczekalni oddziału neurochirurgii, w tłumie chorych ludzi. Mijały godziny… Tamtego dnia czułam się strasznie. Ból rozsadzał mi mózg, słaniałam się na fotelu i odliczałam minuty.

Około południa lekarz zaprowadził mnie do swojego kolegi, z tego samego oddziału, który jak się później dowiedziałam, zaczął specjalizować się w neuralgiach. Nową nadzieją dla mnie, okazał się profesor M. Spojrzał na rezonans i orzekł:

– Ma Pani neuralgię. Przyczyną jest konflikt naczyniowo-nerwowy. – podsumował krótko – Lekarstwem pierwszego wyboru są zwykle leki dla epileptyków, np. tegretol. Jeśli one nie zadziałają lub z innych powodów nie będzie Pani chciała, lub mogła, przyjmować farmaceutyków, proponuję operację, mikrodekompresję. Tymczasem proszę spróbować leczyć się pod opieką dobrego neurologa. – Jak podejmie Pani inną decyzję, zdecyduje się Pani na operację, proszę się do mnie zgłosić – dodał.

Uciekłam stamtąd. Operacja? W mózgu? Nie!!! Bałam się. Z doświadczenia wiedziałam, że operacja to „ostateczna ostateczność”. A ta choroba, choć straszna, nie doprowadzała mnie przecież do śmierci.

– Miałabym otwierać sobie głowę na własne życzenie?! – myślałam po wyjściu z gabinetu i byłam przerażona…