Farmaceutyki

Tym razem trafiłam do prywatnej przychodni w Warszawie. Z polecenia przyjaciół umówiłam się do Pani neurolog z podobno dużym doświadczeniem i osiągnięciami. Cały czas nie ustawałam w próbach znalezienia „dobrego” lekarza, z wiedzą i odrobiną empatii. W owym czasie chciałam spróbować terapii lekami, tegretolem, gabapentyną…? Słyszałam, czytałam o tych lekach. Opinie były różne, ale i tak niczym nie ryzykowałam. Ból nasilał się „z miesiąca na miesiąc”.

– Tak. To wygląda na neuralgię. Dlaczego tak długo męczyła się Pani z bólem? – spytała mnie siedząca naprzeciwko kobieta, w średnim wieku, o miłym spojrzeniu.

– Ponieważ nikt oprócz mojego dentysty nie był w stanie postawić właściwej diagnozy – odparłam zmęczona. – O co ona pyta – myślałam – byłam u kilkunastu specjalistów, słyszałam rożne diagnozy, pozbawiono mnie prawa jazdy, usunięto wszystkie nerwy z zębów a ona się pyta, co ja do tej pory robiłam???

W końcu, po godzinnej konsultacji, pani przepisała mi lek o nazwie Amizepin – podobno cudowny, stary, sprawdzony specyfik przeciw epilepsji, który miał mi pomóc.

Następnego dnia przyjęłam pierwszą tabletkę. Byłam już wtedy strasznie chuda, ponieważ problemy z bólem i zębami, uniemożliwiały mi często jedzenie. Już po pierwszych dawkach czułam, że organizm nie akceptuje tego leku. Początkowo zaczęłam tracić równowagę. Świat wykrzywiał się jak zbite lustro. Kilka płaszczyzn nakładało się na siebie. Oczy odmawiały posłuszeństwa. W uszach szumiało. Przeżyłam tak trzy dni. Czwartego dnia rano wstałam i pobiegłam do toalety. Od razu odstawiłam tabletki.

Poszłam na kolejną wizytę do pani neurolog. Tym razem przepisała mi gabapentynę. Zaczęłam brać kolejny, magiczny środek i historia się powtórzyła. Tym razem wytrzymałam pięć dni terapii.

Nie widziałam sensu odbycia kolejnej wizyty… Nie miałam siły testować kolejnych „cudownych” leków. Zostałam znowu sama, ja i nieustający ból, mój najwierniejszy towarzysz.