Leczenie za granicą

Rodzice… To taka instytucja w życiu człowieka, na którą zawsze można liczyć. Nigdy się nie poddają. Mam wrażenie, że do ostatniej chwili walczą o życie i szczęście swojego dziecka. Moi rodzice są właśnie takimi ludźmi. W beznadziejnej sytuacji zawsze szukają wyjścia. Ich pomoc w ciągu tych kilku ostatnich lat, nieraz podnosiła mnie „do pionu”. Ich wiara w możliwość znalezienia rozwiązania dodawała mi sił na przetrwanie kolejnego dnia. Chyba najważniejszy i najcudowniejszy był fakt, że rodzice nie czekali z założonymi rękoma, tylko szukali i działali. Nawet jeśli czasami nie chciałam tej pomocy, bo miałam ochotę się poddać, to w perspektywie czasu, jestem im za to ogromnie wdzięczna…

Moja mama nie ustawała w poszukiwaniu dla mnie pomocy. Poprzez znajomych próbowała, załatwić mi leczenie za granicą. Tata natomiast nawiązał kontakt z kliniką leczenia bólów twarzy w Londynie, u pani profesor.

Z opinii w internecie wynikało, że jest to sława w dziedzinie neurologii. Pochodzenie ma polskie, choć od dzieciństwa mieszka w Londynie. Specjalizuje się w różnorakich bólach twarzy, między innymi w neuralgii nerwu trójdzielnego. Jednak załatwienie tam wizyty, okazało się dość trudne. Klinika bólu twarzy wymagała zameldowania na terenie Wielkiej Brytanii, lokalnego ubezpieczenia, etc. Wszystko niby do załatwienia, ale kłopoty z tym związane były duże.

W tym samym czasie moja mama, poprzez znajomych dotarła do podobnego ośrodka w Marsylii, we Francji. Okazało się, że tam jest prostsza procedura przyjęcia, choć też wymagająca. Po kilku tygodniach starań i konwersacji, dzięki uprzejmości przyjaciół rodziny, zostałam zapisana na wizytę, 20 lipca 2015 roku. Do tego czasu miałam prowadzić kalendarzyk. Każdego dnia zapisywać siłę bólu,w trzystopniowej skali. Moja przyjaciółka z dzieciństwa, która obecnie mieszka w Belgii, zaproponowała mi, że pojedzie tam ze mną i będzie moim tłumaczem. Chyba proponując to, nie zdawała sobie sprawy, ile jej słowa dla mnie znaczyły… Pomagała mi też przetłumaczyć dokumenty z Francji, które musiałam wypełnić i „instrukcję obsługi” kalendarzyka, małej książeczki z tabelką.

Każdy dzień miałam oznaczyć jedną z trzech literek:

  • „L” – oznaczało, że w danym dniu nie występuje ból lub jest on bardzo mały, nie przeszkadza w życiu i normalnym funkcjonowaniu
  • „M” – oznaczało średni ból, który jest na tyle silny, że nie można go pominąć i udawać, że go nie ma, ale można próbować żyć i pracować, chociaż o uśmiech wtedy trudno
  • „S” – oznaczało silny bądź bardzo silny ból, uniemożliwiający wykonywanie obowiązków, nie mówiąc już o normalnym funkcjonowaniu

– Takie to proste i mądre, dlaczego niczego takiego nie proponuje się nigdzie w Polsce? – myślałam.

Później, po kilku miesiącach prowadzenia „inwentaryzacji bólu”, dotarło do mnie, że czas i dzień występowania dolegliwości, nie zależą zupełnie od niczego, że większość dni oznaczałam literką „S” lub „M”… Sporadycznie pojawiało się „L”. Koszmar, ale prawdziwy. Czarno na białym. Zyskałam dzięki temu świadomość. Pomimo, że miałam taką „mini historię” swojej choroby, nikt, żaden polski lekarz, nigdy nie chciał tego oglądać… Głupota? Niewiedza czy chora ambicja? Dlaczego żaden lekarz nie był ciekawy jak to wygląda dzień po dniu? Kalendarzyk stał się przecież swoistym materiałem naukowym, opartym na prawdziwej historii…