Z innej strony…

Dzień hospitalizacji w szpitalu internistycznym, w Warszawie.

O poranku obudziłam się i zaczęłam zbierać niezbędne dokumenty i rzeczy. Zbyszek pojechał ze mną. Wsiedliśmy do zapchanego tramwaju. Po przejechaniu kilku przystanków, byliśmy na miejscu. Takie szczęście, w nieszczęściu, że mieszkamy w centrum Warszawy, na Saskiej Kępie, skąd wszędzie jest blisko.

W szpitalu usiedliśmy na niebieskich, dość wygodnych krzesełkach i czekaliśmy. Mijały minuty. W końcu, na horyzoncie, pojawił się doktor M. Przechodząc koło nas, uśmiechnął się lekko. Więcej nie miałam z nim kontaktu. Moją sprawę przekazał młodej Pani doktor. Miła lekarka, wydawała się zainteresowana moim stanem zdrowia. Przeprowadziła wywiad, zleciła różne badania. Wyglądało na to, że wszystko jest w porządku. Jednym niepokojącym symptomem okazała się opryszczka.

Objawy związane z obecnością wirusa HSV1 miałam od dwudziestu lat. Od czasu, kiedy w trakcie studiów, zachorowałam na mononukleozę, która w moim przypadku przybrała ostrą formę. Byłam wtedy leczona w szpitalu zakaźnym. Po tej przygodzie pozostała mi w spadku opryszczka. Pojawiała się zawsze wtedy, kiedy byłam osłabiona. Przez ostatni rok miewałam ją co tydzień, co dwa tygodnie… Zbyt często. Dermatolog próbował ją wyleczyć Heviranem. Założenie było takie, że lek będę przyjmować dwanaście tygodni. Jednak w piątym tygodniu, tak mocno zaczął boleć mnie brzuch, że przerwano leczenie. Mój wyniszczony i zmęczony organizm pozwolił na pięć tygodni kuracji. Opryszka pojawiła się dwa dni po odstawieniu leku.

Tym właśnie tematem zainteresowała się Pani doktor. Zaproponowała leczenie szpitalne, polegające na podawaniu leku z podobnej grupy – Acykloviru. Do organizmu miał być dostarczony dożylnie, z pominięciem układu pokarmowego. Zgodziłam się i ucieszyłam. Opryszczka może nie była największym moim problem, ale możliwość pozbycia się nawracających swędzących ranek był dla mnie obiecujący, zarówno z powodu uciążliwości objawów, jak i wyglądu. Jak każda kobieta lubię wyglądać ładnie. Rany opryszczkowe nie bardzo mi to ułatwiały…

Mijały godziny a ja nadal byłam w szpitalu i czekałam na wyniki pobranej rano krwi. Głowa bolała mnie tego dnia na tyle mocno, że zaczęłam kłaść się na krzesłach w poczekalni. W końcu około trzeciej wyszła do mnie Pani doktor.

– Właściwie morfologię ma Pani dobrą – oznajmiła – oprócz dwóch punktów. Jednym z nich jest poziom żelaza. Ma Pani bardzo mocną anemię i trzeba zacząć przyjmować jakiś preparat z żelazem. Prawdopodobnie wynika to z ogólnego niedożywienia, wynikającego z bólu podczas jedzenia. Drugi niepokojący punkt to… – zawiesiła na chwilę głos – Wyszły u Pani podwyższone markery nowotworowe odpowiadające za wątrobę, trzustkę, drogi żółciowe. I to jest niepokojące, będę musiała Panią położyć na kilka dni na oddziale i sprawdzić co się dzieje – dodała.

Poczułam jakbym traciła grunt pod nogami. Bolała mnie głowa a słowa lekarki nie docierały do mojej świadomości. Jaki nowotwór? O czym ona mówi? – myślałam.

Możliwy termin hospitalizacji okazał się dość odległy.

– Mogę Pani zaproponować pobyt w szpitalu pod koniec października – powiedziała Pani doktor – Od razu zaznaczam, że uważam, że powinno się zrobić badania wcześniej. Dwa miesiące to zbyt długi czas… – dodała.

Wyszłam stamtąd jak zahipnotyzowana. Nie dość, że zmagam się ze swoim mózgiem, to jeszcze spadło na mnie podejrzenie nowotworu? Dlaczego? Dojechałam do domu. Weszłam do mieszkania. Jaś grał przy komputerze. Zbyszek w szachy. Ucieszył się na mój widok i mocno mnie przytulił.

– Cieszę się, że już jesteś – powiedział.

– Jestem – odparłam – Chodź ze mną… – dodałam za chwilę.

Poszliśmy. Wyciągnęłam kartkę z wynikami i zaczęłam opowiadać. Zbyszek sięgnął po tablet i zaczął sprawdzać moje wyniki morfologii w internecie. Milczał.

– Czy mam się przejmować tymi markerami? – spytałam.

– Musisz się przebadać – odparł – jak najszybciej.

Poczułam tylko ścisk w żołądku.

Ból głowy spowodował spustoszenia w organiźmie, ogólne wyniszczenie, zmęczenie… Często nie jadłam, bo bolało. Albo tak bolało, że o jedzeniu nie myślałam. Schudłam 10 kilogramów a przed chorobą też nie miałam zbyt obfitych kształtów. Ostatnio ciągle bolał mnie brzuch. Winą obarczałam nieregularne jedzenie oraz przeróżne leki przeciwbólowe, stres… Ale nigdy nie pomyślałam, że może to wynikać z innego powodu…