Szpitalny żywot – część druga

Dystans do siebie i świata zewnętrznego, szczególnie w szpitalu, staje się poszukiwanym „produktem”. Czasami jednak trudno zachować zdrowy rozsądek. Na własnej skórze przekonałam się, że bywa trudno…

Przed południem do szpitalnego pokoju zawitała grupa studentów z  Bliskiego Wschodu. Na czele tej gromady stał lekarz z oddziału, na którym leżę. Zaczęli zadawać mnóstwo pytań. Odpowiadałam, rozmawiałam i uśmiechałam się przez blisko godzinę. No i stało się… Nadwyrężone mięśnie lewej strony twarzy zaczęły drgać. Ukryłam twarz w rękawie swetra i wtedy usłyszałam nad sobą donośny głos:

– Niech Pani odsłoni twarz, studenci chcieliby obejrzeć.
– Czuję się jak małpa w zoo – zdezorientowana podniosłam oczy i spojrzałam na tego lekarza z wyrzutem.
– Przecież my jesteśmy tutaj wszyscy lekarzami. To dla nas normalne.

Zatoczyłam wzrokiem po grupie młodych studentów i pomyślałam, że to jeszcze ciekawe świata „dzieci”, nie lekarze. Wpatrywali się w moją rękę zasłaniającą policzek i oko. Powoli odsłoniłam twarz. Wszystkie oczy skierowały się na mnie. W tle słyszałam monotonny głos:

–Proszę Państwa, to właśnie jest atak nerwu trójdzielnego. Proszę spojrzeć jak drga policzek, jak wygląda oko pacjentki…

Słowa zanikały powoli w przestrzeni… Powoli zapadałam we własny świat i oddzielałam się od otoczenia. Wydawało mi się, że stoję obok i to co obserwuję zupełnie mnie nie dotyczy. Z błogiego stanu wytrąciła mnie kolejna komenda:

– Czy może Pani się rozebrać? – lekarz spojrzał się na mnie wnikliwie – Chcielibyśmy zobaczyć jak wygląda 40 kilogramów w naturze.

Oniemiała ściągnęłam koszulkę i stanęłam przed grupą przyszłych medyków. Po kolei podchodzili do mnie. Ostukiwali, osłuchiwali i oglądali mnie ze wszystkich stron. Obracałam się jak manekin na wystawie. Kątem oka zobaczyłam tylko, że współtowarzyszka z mojego pokoju i pielęgniarka z dezaprobatą kręcą głowami. Kazano mi się położyć, dotykali mojego brzucha, opukiwali żebra, oglądali skórę, nogi i ręce… Po kilkudziesięciu minutach spektakl się skończył.

Apatycznie usiadłam na łóżku.

– Co to miało być?! – pomyślałam – Teatr, w którym chwilowo zagrałam główną rolę? – nagle ogarnęła mnie złość – Jak mogłam dać się tak potraktować? Zgłupiałam. Zachowałam się jak otępiała, bezwolna roślina. – O nie, nigdy więcej nie dam się tak potraktować. To był pierwszy i ostatni raz.

Po kilku godzinach miałam taką o to refleksję… w sytuacjach zagrożenia, również emocjonalnego, potrafimy stać się zupełnie innymi osobami. Zaprzeczyć sobie, swoim przekonaniom i wartościom. Ekstremalne sytuacje wywołują dziwaczne zachowania.

Konkluzja – muszę postarać się uzbroić w pancerz na czas pobytu w szpitalu i spróbować nie zwariować 😉