Wigilia inna niż wszystkie…

W tym roku Wigilię spędzaliśmy u mojego brata. Jak zawsze wieczorem. Jak zawsze upiekłam pstrągi i łososia z migdałami dla całej rodziny. Pierwszy raz w życiu upiekłam też ciasteczka a’la pierniczki, w kształcie reniferów… Razem ze Zbyszkiem zapakowaliśmy prezenty. Ubraliśmy się świątecznie i ruszyliśmy w drogę. Byłam szczęśliwa. Byliśmy razem… ja, Zbyszek i Jaś. Przed nami zapowiadał się cudowny wieczór w gronie najbliższych osób.

W trakcie podróży, co kilka minut przeszywał mnie piorun. Miałam nadzieję, że wszystko się uspokoi jak dojedziemy… Miałam nadzieję…

Dotarliśmy. Przywitał nas gwar i śmiech rodziny. Dzieci zaczęły się bawić. Wszyscy szykowali się, żeby usiąść do stołu i wtedy zaczęła drgać mi twarz a ból stał się nie do zniesienia. Wymknęłam się do sypialni mojego brata i jego żony. Położyłam na łóżku i uspokajałam się, wszystkimi znanymi mi metodami. Tik na twarzy by coraz silniejszy. Moje lewe oko bolało niemiłosiernie… Ogień palił lewy policzek. Łzy ciekły mi po lewym policzku.

– Dlaczego dzisiaj, akurat teraz? – pytałam z rozpaczą.

Przyszedł Zbyszek. Siadł koło mnie na łóżku. Gładził moją rękę i uspokajał.

– Zaraz wszystko przejdzie, zobaczysz.

Leżałam tak kolejną godzinę. Wigilia zaczęła się beze mnie. Jaś siedział sam, bez nas, przy stole. Czuł się opuszczony i nieważny. My czekaliśmy aż minie najgorsze, w ciemnej sypialni obok…

Po tych upiornych sześćdziesięciu minutach, miałam wrażenie, że jest trochę lepiej. Wstałam i usiedliśmy ze wszystkimi. Minęły dwie, może trzy minuty i znowu twarz zaczęła mi się wykrzywiać w grymasie. Zasłoniłam swoją lewą połowę głowy ręką i uciekłam znowu do sypialni. Położyłam się. Po piętnastu minutach ból trochę odpuścił, ale twarz nadal drgała. Po kolejnej godzinie spędzonej w samotności, zakryłam twarz ręką i poszłam do Gosi (żony mojego brata).

– Gosiu, czy możemy zmienić plan wieczoru? – spytałam cicho, nie otwierając prawie wcale ust – Nie dam rady dłużej. Niech przyjdzie Mikołaj z prezentami i pojedziemy do domu, dobrze? – głos uwiązł mi w gardle…

Wszyscy się sprężyli. Mój brat w przebraniu Mikołaja odegrał swoją rolę, rozdał wszystkie prezenty. Dzieci wyrecytowały wierszyki i zaśpiewały piosenki. A ja leżałam na łóżku i obserwowałam wszystko przez uchylone drzwi.

Pod koniec popłakałam się z bezsilności.

Obdarowani wigilijnymi potrawami, wyszliśmy po trzech godzinach, na długo przed końcem Wigilii. Kiedy wyszliśmy dzwonek Mikołaja pobrzękiwał w jednej z toreb, jakby na pożegnanie…