Mam wiadomość.

Słoneczne, wtorkowe popołudnie. Zadzwoniła do mnie koordynatorka z podwarszawskiego szpitala, w którym, w okresie wakacji, próbowałam załatwić sobie zabieg mikrodekompresji. Wtedy usłyszałam, że mogą to zrobić w październiku 2018 roku… Na dokumencie potwierdzającym datę zabiegu, drukowanymi literami widniał napis: „PILNE!”.

– Mam dla Pani propozycję nowego terminu. – usłyszałam – Proponujemy przeprowadzenie operacji w lutym, za trzy tygodnie.

Głos w słuchawce na chwilę zamilkł a ja zbierałam myśli. Byłam zaskoczona. Pochłonięta przygotowywaniem się do operacji u profesora M., zapomniałam, że miałam wyznaczony jeszcze jeden termin…

– Nie wiem. Nie mogę w tej chwili rozmawiać… – odparłam zdezorientowana, chciałam podarować sobie czas na zastanowienie – Czy możemy się umówić na kontakt w dniu jutrzejszym? – zapytałam.

– Oczywiście. – usłyszałam dziarski ton – Mam tylko dodatkową propozycję, związaną z nowym terminem. We współpracy z telewizją przygotowujemy cykl filmów dokumentalnych, opowiadających o  różnego rodzaju operacjach. Chciałabym, żeby Pani zastanowiła się nad tym. Operacja byłaby sfilmowana i wyemitowana w telewizji. Warto wziąć udział w takim projekcie. W ten sposób chorzy ludzie mogą dowiedzieć się, jak radzić sobie z tą chorobą. – ciągnęła swoją wypowiedź koordynatorka – Ciągle zbyt mało osób decyduje się na dekompresję, bo zbyt mało o tym wiedzą.

– Dobrze. Pomyślę. Możemy umówić się na rozmowę jutro? – powtórzyłam pytanie.

– Oczywiście, zadzwonię jutro. Do widzenia.

Położyłam telefon na stole i spojrzałam na Zbyszka. Po chwili zaczęłam opowiadać o propozycji, którą przed chwilą usłyszałam. Sama idea poszerzania wiedzy na temat leczenia neuralgii, bardzo mi się spodobała. Ale nim dłużej mówiłam, tym bardziej byłam zdecydowana, że odmówię. Gdyby nie fakt, że „dysponuję” konfliktem naczyniowo-nerwowym w swoim mózgu, który w tym momencie przydałby się do stworzenia dokumentu, prawdopodobnie na operację, czekałabym do 2018 roku. W tej „ofercie” nie chodziło o to, żeby mi pomóc, tylko o to, żeby stworzyć film, zareklamować szpital i zespół lekarzy na czele z neurochirurgiem przeprowadzającym operację.

Zdecydowałam, że nie wezmę w tym udziału.

Dzisiaj minęły cztery dni od rozmowy z koordynatorką. Nikt więcej do mnie nie zadzwonił. Prawdopodobnie znaleźli inną osobę, która od razu zgodziła się na wzięcie udziału w realizacji filmu. Przykro mi tylko z tego powodu, że nikt ze szpitala, nie pofatygował się, żeby poinformować mnie o zmianie planów. Gdyby nie to, że mam już termin operacji u profesora Mandata…, dalej czekałabym na ratunek za kilka lat…

Czy lekarz nie powinien mieć na względzie przede wszystkim dobra pacjenta? Dlaczego w naszym kraju, dla większości lekarzy najważniejsza jest sława i pieniądze? Dlaczego tak trudno znaleźć dobrego a zarazem empatycznego specjalistę?

Ludzie, również i ja sama, boimy się oceniać środowisko medyczne. Boimy się mówić głośno o błędach lekarskich, o złym traktowaniu, o płaceniu za zabiegi, które powinniśmy mieć refundowane przez NFZ. Boimy się oceniać nieprzyjemnych lekarzy, krytykować placówki medyczne, boimy się, że nasz głos spowoduje utratę opieki. Że lekarz, którego skrytykujemy, zamiast wyciągnąć wnioski z takiej oceny, obrazi się i nie będzie chciał nam pomóc. Boimy się… i to nie ma sensu. Ponieważ nic się nie zmieni, jeśli nie będziemy sprzeciwiać się niedouczeniu i złemu traktowaniu. Służba zdrowia powinna służyć ludziom.

Ja też się boję. Piszę o różnych sytuacjach, z którymi zetknęłam się podczas swojej wędrówki, w poszukiwaniu przyczyny bólu. Zbyt często, te doświadczenia, nie były dobre. Spotkałam się z błędnymi diagnozami, znieczulicą, upiorną biurokracą. Wydałam mnóstwo pieniędzy podczas prywatnych wizyt, które zbyt często okazywały się tak samo bezużyteczne. Ale spotkałam też kilku dobrych medyków, mądrych, wykształconych i empatycznych. Dlatego piszę tego bloga. Żeby pokazać, że pacjent ma prawo wyboru. Że każdy może znaleźć pomoc, bo dobrzy lekarze też istnieją…

Trzeba mówić prawdę, choćby była bolesna, bo tak zmienia się świat.