Wszystko jest inaczej.

Czasami jestem jak wielozadaniowy robot. Czułam się tak kiedyś i czuję dzisiaj. Pomiędzy „kiedyś” a „dzisiaj” istnieje tylko mała różnica… Teraz jestem zmęczona bólem i nie mam siły na realizowanie wszystkich planów. Chcę udowodnić sobie, że nic się nie zmieniło, że nadal mogę być artystką, kucharką, współwłaścicielką firmy, praczką, sprzątaczką, pachnącą, piękną, zadbaną kobietą, przyjaciółką, kochanką, art director’em  z milionem pomysłów na sekundę… Ale nie było to proste kilka lat temu a teraz stało się niewykonalne. Pomimo to robię to wszystko. Potem padam na nos a zmęczenie potęguje tylko ból i zadaję sobie wtedy pytanie: „Po co? Dlaczego to robię?

Odpowiedź przyszła do mnie dzisiaj. Robię to wszystko po to, żebym mogła sobie samej powiedzieć, że nie jest tak źle, że ból mnie nie pokonał, że nadal żyję i jestem tym samym człowiekiem.

Ale nie jestem.

Po spotkaniu firmowym, kiedy muszę uśmiechać się od ucha do ucha, tryskać energią i popisywać się swoją elokwencją, wychodzę jak wyciśnięta cytrynka, przeszywające strzały bólu trafiają mnie raz za razem…

Po rozmowie telefonicznej z ważnym klientem, podczas której otwieram szerzej usta, żeby mówić wyraźniej, wyginam się z bólu i pojawia się tik wywołany konfliktem…

Po kilku godzinach przed monitorem, spędzonych nad nowym projektem, tylko trzymam się za głowę, z lewego oka płyną łzy, mrowi policzek, drgają mięśnie twarzy…

Po sprzątnięciu mieszkania leżę na łóżku i marzę, żeby ból głowy zniknął chociaż na chwilę…

Po spotkaniu z przyjacielem, podczas którego mówiłam zbyt wiele i uśmiechałam się zbyt często, leżę wieczorem i niemo patrzę się w ścianę, trzymając się za obolałą, lewą stronę…

I już wiem, że nie jestem tą samą osobą i chociaż staram się udawać, że nic się nie zmieniło, to zmieniło się wszystko.