Siedem dni.

W niedzielę, kilka dni temu byłam u mojej przyjaciółki. Choruje na SM, od lat. Jednak dopiero od roku, może dwóch lat ma silniejsze objawy. Pojawiły się częstsze rzuty, które wpłynęły na jej możliwość poruszania się, na zmęczenie… Objawy, które ją przygnębiają, które odbierają chęć życia.

Patrzę na nią i widzę, że się poddała. Jeszcze nie całkowicie, ale… Kiedyś miała energię, chciała dużo a może nawet więcej… Dzisiaj wykonuje minimum, które musi i to nie zawsze.

Byłam u niej, żebyśmy porozmawiały o tym co się z nią dzieje. Chciałam ją wesprzeć. Chciałam rozpalić w niej iskierkę życia. Chciałam… Leżałyśmy na łóżku, oparte o poduszki.

– Przyjechałam, żeby powiedzieć Ci… – zaczęłam mówić.

– Może nie dzisiaj? – przerwała ONA – Jestem zmęczona.

– Musi być dzisiaj… – odparłam zdecydowanym tonem – Musi, bo za tydzień będę leżała na stole operacyjnym, dlatego muszę powiedzieć Ci o wszystkim teraz, zaraz.

– Dobrze. – uśmiechnęła się a jej zgaszone oczy patrzyły na mnie smutno. Rozmawiałyśmy o tym co by mogła zmienić, czym powinna się zająć, o pracy, o życiu prywatnym, o wszystkim. To było dobre i trudne popołudnie dla niej i dla mnie. Spytałam w pewnym momencie dlaczego tak się poddała? Dlaczego nie walczy o siebie?

– Wiesz, kiedy dowiedziałam się, że mam SM, moje życie się skończyło. Wiedziałam, że od tego momentu może być tylko gorzej a na pewno nigdy nie będzie lepiej. Pomyślałam wtedy, że to koniec. Bo po co się starać, walczyć, skoro nie ma na to lekarstwa i nigdy nie będę zdrowa? – spojrzała na mnie i dokończyła – Ty masz przed sobą możliwość, szansę… Czekasz na operację, która może pomoże.

Patrzyłam w zgaszone oczy przyjaciółki i mogłam tylko przyznać jej rację. Chociaż mój kilkuletni ból wiele zniszczył i nie można z nim normalnie funkcjonować, to teraz, dzisiaj mam nadzieję, która trzyma mnie przy życiu. Co będzie, kiedy operacja się nie uda? Nie wiem. Ale na razie mam nadzieję a ONA…?

– Posłuchaj… – zaczęłam mówić i tylko jedna myśl przyszła mi do głowy – Wiem, co czujesz. Czasami, kiedy zwijałam się z bólu i żaden lek przeciwbólowy mi nie pomagał, kiedy nie widziałam drogi wyjścia z całej tej sytuacji, też czułam się pusta od wewnątrz i nie rozumiałam po co mam dalej żyć… Zadawałam sobie to pytanie i nie znajdowałam odpowiedzi. – kontynuowałam powoli – Nie znalazłam tej odpowiedzi do dzisiaj, ale jedno wiem na pewno… Z tym bólem to ja zawsze zostaję sama. Nawet jeśli wiele osób chce mi pomóc, to mnie boli i ja to muszę czuć, i znosić. W Twoim przypadku jest podobnie. Ze swoją chorobą, na samym końcu, będziesz sama. Jeśli nie będziesz się leczyć, ćwiczyć, dbać o dietę, to wylądujesz na wózku, nie będziesz się poruszać i nie będziesz mogła już prawie nic zrobić. Ja będę koło Ciebie, będą najbliżsi, ale tak naprawdę będziesz Ty, wózek i wszystkie ograniczenia wynikające z SM-u. Nie będziesz wtedy nic musiała robić, nikt nie będzie nic od Ciebie wymagał, ale CZASU TEŻ NIE COFNIESZ… – zawiesiłam na chwilę głos – Dlatego musisz teraz o siebie walczyć i dbać o zdrowie. To Ciebie najbardziej dotkną konsekwencje dzisiejszej depresji. A wtedy może być za późno. Musisz zacząć działać dla siebie i tylko dla siebie, bo to Twoje życie, Twoja choroba i Twój ból.

Skończyłam mówić. Przytuliłyśmy się. Pojechałam do domu.

Mam nadzieję, że ONA naprawdę się postara, bo jest… Może być fajnym, wartościowym człowiekiem. Bo nie chcę, żeby przez dzisiejsze błędy, przez dzisiejszy smutek i żal, jutro zapłaciła zbyt wysoką cenę.

 

Zostało siedem dni do operacji.
Mam zimne dłonie.
Dusi mnie strach.
Chciałabym kliknąć przycisk reset… i nie myśleć.