Pięć dni.

Dzisiaj, w samo południe, odwiedziłam mojego dentystę. Zaczęła mi się ruszać koronka – lewa, górna piątka. Już na samą myśl o tym, że ktoś dotknie mojej, lewej, obolałej strony, robiło mi się zimno… Ale nie było wyjścia. Ruszająca się koronka podrażniała wszystkie połączenia w nerwie trójdzielnym. Nie mogłam ruszać szczęką. Mówienie sprawiało mi trudność, nie mówiąc o innych czynnościach. Za kilka dni operacja… nie mogłam zwlekać. Asystentka umówiła mnie z dnia na dzień, pomiędzy pacjentami.

Dotarłam do gabinetu. Chwilę potem leżałam na fotelu a doktor podawał mi zastrzyk ze znieczuleniem. Bardzo powoli, żeby ograniczyć do minimum skutki uboczne. Pomimo jego starań i tak musiałam mocno zaciskać pięści, żeby nie krzyknąć. Odczekaliśmy kilka minut. Czułam zdrętwiały policzek. Nachylił się nade mną i zaczął wyjmować ząb. Dziąsła trzymały koronkę bardzo mocno. Trzeba było wspomóc się narzędziami. Czułam mrowienie, pieczenie i „niepokój” wszystkich nerwów, tak jakby zaraz miało zacząć mi wszystko skakać na twarzy. Jednak znieczulenie powodowało, że tik nie występował. W końcu zaczęło mi drgać oko i nos. Piekła mnie skóra. Bardzo. Czułam się tak, jakby ktoś zawiesił mnie na ruszcie…

Nie trwało to długo. Ząb został wyciągnięty. Oczyszczony. I założony na swoje miejsce. Ja czułam się jak po ciężkiej walce.

A przecież nie mogłam sobie wymarzyć lepszego załatwienia sprawy. Wszystko przebiegło sprawnie, z wyczuciem i pełną znajomością kunsztu lekarskiego. Pomimo tego… Każda czynność, dotyk, ruch w okolicach mojej, lewej strony, to koszmar.

Wieczór. Leżę w łóżku i czekam na sen, żeby wybawił mnie z tego bólu. Lecą łzy. Twarz mi się „pali„. Co kilkanaście minut „strzela” we mnie piorun. Wystarczył jeden ząb.