Ból. Strach. Nadzieja.

Rano miałam stawić się w Kajetanach, na inhalacji. Tego dnia, tak się ułożyło, że nie miał mnie kto tam zawieźć. Mój brat pracował, tata miał radę naukową, której przewodniczył, jedna przyjaciółka zdawała egzamin na studiach, drugiej nawet nie prosiłam… Dwójka dzieci, praca, nowy szef… Zresztą miałam dosyć proszenia bliskich i dalszych znajomych o pomoc. Konwersacje, uśmiechanie się, udawanie, że jest lepiej niż jest w rzeczywistości… Wszystko to było bardzo wyczerpujące. Postanowiłam pojechać sama na zabieg. Oczywiście nie do końca sama… Ze Zbyszkiem, jako pilotem.

Nadal bardzo bolała mnie głowa. Zaczęłam mieć wrażenie, że tym razem głównie boli mnie lewa zatoka. Ból promieniował od czubka nosa, przez zęby i oko do skroni. Był silny, ale inny niż neuralgiczny. Do tego bolał tył czaszki, czyli „dziura” w czaszce i czubek głowy.

Pomyślałam, że może nie powinnam jednak jechać? Że może te inhalacje nie są dla mnie dobre? Chciałam dodzwonić się do gabinetu fizjoterapii w Kajetanach, ale numer był ciągle niedostępny.

Zapadła więc ostateczna decyzja – jedziemy.

Wsiadłam do samochodu. Pierwszy raz od operacji. Nie było nawet tak źle. Przeszkadzało mi tylko odwracanie głowy w lewo. Zbyszek służył więc jako moje „lewe oko”… Najgorszą częścią podróży był przejazd przez Warszawę. Po wyjeździe z miasta, trasa do Kajetan, jest już prosta. Mimo to byłam spięta. W miarę upływu czasu, zaczęło męczyć mnie, samo siedzenie w samochodzie, trzymanie kierownicy i prędkość. Czułam jak rośnie mi ciśnienie w czaszce. Ale jakoś udało nam się dojechać.

W gabinecie rehabilitacyjnym powiedziałam o narastającym bólu, o lewej zatoce, o wątpliwościach neurochirurga dotyczących ciśnienia i wibracji, które ono powoduje. Wtedy fizjoterapeutka zadecydowała, że dzisiaj zrobi mi tylko jedną inhalację i to bez ciśnienia. Taki zabieg okazał się znośny. Ból się nie powiększył. Ale i nie zmniejszył.

Wróciliśmy do domu. Wyczerpana ciągłym bólem, zasnęłam. Po przebudzeniu nadal mocno bolało. Wieczorem wzięłam ketores, który przepisał mi dzień wcześniej, profesor Mandat. Lek nie wyłączył bólu, może trochę go otumanił. Byłam coraz bardziej zmęczona. W końcu, po dwudziestej drugiej, zamknęłam oczy i zatonęłam w kojącym śnie.

Znowu myślę o tym, że nie dam już dłużej rady… Że mnie boli… Że mam dość…

A Zbyszek…? Zamyka się w swoim świecie. Dzisiaj powiedział mi, że codziennie rano, kiedy pyta mnie, jak się dzisiaj czuję?, chciałby usłyszeć, że lepiej… A tego nie słyszy. Bo nie jest lepiej.

Trudno jest znaleźć optymizm a przecież jest on dla nas teraz niezbędny.
Potrzebny jak tlen do życia.

Zadaję sobie pytania.
Czy w końcu obudzę się kiedyś bez bólu?
Czy za zakrętem czeka mnie rok, dwa, pięć lat życia bez bólu?
Chociaż tyle… I aż tyle.