Dwie twarze.

Ciągły ból skutecznie wyklucza mnie z normalnego życia. Jednego dnia boli mniej, innego bardziej, nie ma w tym żadnej reguły… Uporczywie staram się ją znaleźć, żeby logicznie wytłumaczyć od czego zależy mój ból. Ale w tej chorobie nie ma zasad. Nie jestem w stanie nic przewidzieć.

Wczoraj wieczorem popatrzyłam się na siebie, na swoją twarz w lustrze… Następnie uśmiechnęłam się, żeby poruszyć mięśniami i… Prawa strona zakwitła w szerokim uśmiechu. Lewa została nieruchoma. Gdzieniegdzie drgał tylko jakiś mięsień. Patrzyłam się na siebie i widziałam chorobę. Jakby to była jakaś „schizofrenia twarzowa”. Jakby dwie różne osoby zestawiły ze sobą jedną głowę, z dwóch połówek. Dwie osoby… Dwa w jednym.

Patrzyłam dalej w lustro, przybierałam na zmianę uśmiechnięty wyraz twarzy i poważny, uśmiechnięty i poważny… I tak przez kilka minut. Potem położyłam się na łóżku i chciało mi się płakać.
Skąd to się wzięło?
Jak to możliwe?
Przypadek?