Ból. Ból. Ból.

Ból. Wczoraj wieczorem zaczął się ciągły ból nie do wytrzymania. Obudziłam się w nocy z… bólem. Dzisiaj rano otworzyłam oczy i już wiem, że ból będzie ze mną cały dzień. Do tego zdrętwiały policzek. Mrowienie w skórze. Ból zębów. Nieruchoma połowa twarzy. To jest mój koszmar. Po tylu latach może powinnam się przyzwyczaić… ale jakoś nie mogę. Nie potrafię pogodzić się z tym, że ten ból ciągle ze mną jest.
Tymczasem marzę tylko o tym, żeby ten stały ból mnie opuścił. Już sama nie wiem co lepsze, pioruny czy nieustający ból… Gdybym miała prawo wyboru, nie wiem, na co bym się zdecydowała… Może „na zdrowie” 😉

Staram się sobie wyobrazić świat bez bólu. Wizualizuję sobie swoje życie z uśmiechem na twarzy i… uśmiecham się na ten widok prawą stroną twarzy, bo lewa strona, nie działa.

W tym tygodniu będę operowana.
Boję się… Znowu… Tym razem trzech rzeczy…

Po pierwsze, że się nie obudzę.
Po drugie, że będą komplikacje.
Po trzecie, że operacja się nie uda i nie zlikwiduje bólu.