Szósty dzień…

Obchód. Znowu nie zabrali mojej karty.

Muszę stąd wyjść. Czas do domu – wyszeptałam cicho sama do siebie.

Wstałam i wolno poszłam w kierunku pielęgniarek. Stanęłam na chwilę i zobaczyłam oddziałową.
– Co Pani potrzebuje Pani Olu? – spytała z uśmiechem.
– Czy jest szansa, żeby udało mi się dzisiaj wypisać?
– Na pewno? – oddziałowa spojrzała na mnie uważnie – Na pewno chce Pani tego?
– Tak – odpowiedziałam od razu – Czas do domu.
– Dobrze. Niech Pani zapyta lekarza dyżurnego.

Poszłam do pokoju lekarskiego.
– Dzień dobry – rzuciłam w przestrzeń, bo mój „cel” siedział odwrócony plecami do wejścia, klikając coś w komputerze. Na dźwięk mojego głosu odwrócił się od razu.
– Słucham?
– Czas do domu… – powiedziałam tylko.
– Na pewno? Może zostanie Pani do jutra? – widziałam, że nie jest pewien czy mnie wypuścić.
– Na pewno. Czas do domu.
– Dobrze. Koło czternastej dam Pani wypis.

Uśmiechnęłam się tylko i szczęśliwa poczłapałam do mojej sali i zadzwoniłam do Zbyszka. Potem zasnęłam.

W końcu po mnie przyjechali. Mój tata i Zbyszek. Ubrałam się i wyszliśmy. Byłam potwornie słaba i przeogromnie szczęśliwa. Powrót do domu był cudny. Tylko było mi coraz bardziej słabo i niedobrze. W końcu stanęliśmy pod domem. Wytoczyłam się z samochodu i podtrzymywana przez Zbyszka dotarłam na trzecie piętro. Następnie zasnęłam. We własnym łóżku. Było cudownie.

Jestem w domu – pomyślałam, odpływając do krainy snów…