Jeden dzień normalnego życia i nie-jeden piorun.

Normalny dzień… Czwartek był sprawdzianem, który moja głowa niestety oblała. Mimo to, nie zamierzam się poddać, przynajmniej nie tak szybko. Ciało mówi do mnie:

– Stop! Zatrzymaj się. Żyj w zgodzie ze swoimi możliwościami.

A ja ciągle o tym zapominam. Że mam ograniczenia. Że jestem zaledwie trzy miesiące po drugiej operacji. Że nie wszystko muszę zrobić, bo świat się nie zawali z tego powodu, jak czegoś nie zrobię. Że nie tylko ja umiem robić różne rzeczy. Chociaż często wydaje mi się, że jeśli czegoś sama nie zrobię, to nikt tego nie zrobi. A to nieprawda. Uczę się puszczać swoją, czasami zbyt wybujałą odpowiedzialność za cały świat, ale nie jest to łatwe. Z dwóch powodów. Po pierwsze lubię funkcjonować, tworzyć, czuć się potrzebną. Po drugie lubię wiedzieć, co dzieje się wokół mnie, mieć wpływa na rozwój wypadków.
Zbyszek czasami się ze mnie śmieje, czasami się na mnie złości z tego powodu i niechętnie przyznaję mu rację. Ale nie zawsze 😉

Godzina 7:48.
Wstałam rano i zaczęło się… Siadłam przy komputerze i wprowadzałam poprawki do projektu. W tak zwanym pomiędzy-czasie zadzwoniłam w kilka miejsc. Załatwiłam zajęcia sportowe dla Jasia (było to zadanie trudne, bo spóźniliśmy się z dostarczeniem dokumentów). Poznałam w związku z tym trenera i wybłagałam dodatkowe miejsce. Zamówiłam deskę na półkę, do kuchni. Zdobyłam wiedzę na temat kontenerów na odpady i gruz. Tym samym stałam się specjalistką w tej dziedzinie… Mogę doradzać w tej sprawie 😉 Następnie pobiegłam do łazienki, pod szybki prysznic. W locie zebrałam kilka rzeczy i wyruszyliśmy na spotkanie. Właściwie ja byłam tylko osobą towarzyszącą, to był klient Zbyszka i tak naprawdę nie miałam zamiaru go poznawać. Ale nie chciało mi się siedzieć w samochodzie, więc poszliśmy tam razem. Rozmowa przybrała zgoła odmienny charakter od zakładanego i oprócz jednej sprawy, umówiliśmy się na więcej projektów, związanych z identyfikacją firmy. Zobaczymy jednak co z tego wyniknie… Wyszliśmy ze spotkania i pojechaliśmy po kabel do prądu. Fajne miejsce… loftowe lampy, kombinacje z drutów, szkła i drewna. Kupując kabel udzieliliśmy porady projektowej dla właściciela. Następnie przegalopowaliśmy po Leroy Merlin w poszukiwaniu złączy, rury maskującej, farby do metalu i haczyków do łazienki za 4 złote. W trakcie odebraliśmy milion telefonów od klientów i fachowców od remontu, dostawcy cegieł, etc. Ruszyliśmy w kierunku Marek, poza Warszawę, żeby odebrać pięć metrów kwadratowych płytek ceglanych do położenia w kuchni. Na miejscu wysępiliśmy kilka całych cegieł gratis, do uzupełnienia istniejącej ściany w mieszkaniu, która w niektórych miejscach okazała się być dziurawa. Załadowaliśmy około 200 kilogramów wypalonej gliny i chemii do jej impregnacji, do jeepa i ruszyliśmy w drogę powrotną. Prowadząc, czułam jak tył samochodu opadł. Jechaliśmy wolno, był tłok na drodze i wtedy… poczułam piorun w mojej głowie. Nie był najgorszy, nie taki straszny, ale jednak uderzył. Nic nie powiedziałam Zbyszkowi. Patrzyłam na drogę i starałam się udawać sama przed sobą, że nic się nie stało.
Zapaliła się kontrolka z brakiem paliwa. Dojechaliśmy do stacji. I pojechaliśmy dalej. Poczułam kolejne uderzenie, tym razem mocniejsze. I kolejne…
Dojechaliśmy do naszego mieszkania-nie-mieszkania, bo cały czas wygląda jak ruina. Zwały tynku, gruzu, leżą w każdym kącie. Zbyszek z dwoma fachowcami wnieśli cegły i chemię na górę, do mieszkania. Porozmawialiśmy chwilę o sprawach ważnych i nieważnych. W trakcie poczułam drgania na policzku, pod okiem. Wróciliśmy do samochodu i ruszyłam do domu…
Była godzina 17:23. Bolała mnie twarz, nerw trójdzielny podskakiwał jak szalony, zaczęła mnie piec skóra… O 18:03 stanęliśmy pod domem. Po przyjściu zajrzałam do poczty. Czekało kilka pilnych spraw. Usiadłam do komputera. Wprowadziłam zmiany do projektów, wysłałam do klientów. Zbyszek zaczął robić obiad. Dołączyłam do niego. O godzinie 20:23 przełknęłam ostatnią łyżkę zupy. Wstałam. Piorun strzelił w moje oko. Zgięłam się w pół. Zbyszek trzymał mnie, żebym nie upadła. Trwało to kilkanaście sekund.

Wieczorem, leżąc w łóżku, organizowałam jeszcze sprawy związane z remontem. Moja lewa strona czaszki bolała mnie w znanych punktach. A ja… udawałam sama przed sobą, że to nie ma znaczenia.

Jutro musimy pojechać 500 kilometrów na zachód. Za dwa dni wracamy. Jestem kierowcą w tej eskapadzie. I chyba trochę się boję…

Dzisiaj czeka mnie kolejny normalny dzień. Przed chwilą zadzwonił mój telefon. Na szczęście tylko raz.

Leżę jeszcze pod kołdrą i wcale nie mam ochoty wyjść z tej ciepłej, bezpiecznej przystani… Chciałabym móc normalnie żyć. Jak kiedyś…