Onkologia.

Wróciłam ze szpitala. Oddział onkologiczny nie jest szczęśliwym miejscem. Trudno jest zachować tam uśmiech i pogodę ducha.

Udało się. Przeżyłam i jestem z powrotem w domu. Ale jestem i ogromnie z tego powodu cieszę.

Było trudno. W szpitalu zatrzymali mnie trochę dłużej, bo podczas planowanego zabiegu były komplikacje. Z małej interwencji chirurgicznej zrobiła się półtoragodzinna operacja. Powinnam się przyzwyczaić do mojego ślepego szczęścia a jednak niezmiennie mnie to dziwi. Komplikacje polegały na tym, że zmian w moim organizmie znaleźli więcej… Co z nich wyniknie? Zobaczę za dwa tygodnie. Trochę się boję, ale wierzę, że wszystko będzie dobrze. Jak mawiają mądrzy ludzie, równowaga w przyrodzie musi być zachowana. Ilość cierpienia związanego z bólem nerwu trójdzielnego wyczerpuje chyba mój życiowy limit na choroby?

W szpitalu poznałam różnych ludzi. Bardziej i mniej chorych. Między innymi kobietę w średnim wieku z zaawansowaną chorobą nowotworową. Kiedy rozmawiałyśmy, powiedziała do mnie:

Nic mnie tak nie zniszczyło jak ból. Świadomość choroby była przytłaczająca, ale ból… – zawiesiła na chwilę głos a jej oczy wypełniły się łzami – ból to coś takiego z czym nie umiem sobie poradzić. To najgorsza rzecz w całej mojej historii z rakiem. 

I wtedy pomyślałam, że nic tak bardzo nie podcina człowiekowi skrzydeł jak ten cholerny ból. Nie do opanowania. Wszechogarniający. Najgorsza tortura wszech czasów. Wykańcza wszystkich. Nie daje złudzeń. Odbiera uśmiech i wolę walki. Odbiera wolę życia…