Szukam bezpiecznej przystani…

Od ostatniego wpisu minęły trudne trzy tygodnie. Ciężkie nie tylko ze względu na ból głowy… Życie wokół przysparza mi ostatnio mnóstwo kłopotów. Muszę podejmować decyzje, których nigdy nie chciałabym podejmować. Muszę godzić się na sytuacje, w których nigdy nie chciałabym się znaleźć. A jednak muszę, bo odpowiedzialność za inne osoby zmusza mnie do tego.

Sytuacja życiowa bardzo wpływa na stan i poziom bólu. Żyjąc w ciągłym stresie i napięciu, żyję w ciągłym bólu z piorunami w tle. Myślę, że działa to w ten sposób… Kiedy denerwuje się czymś, krew zaczyna krążyć szybciej, tętnice pulsują mocniej a wtedy w miejscu, gdzie krzyżują się one z nerwem trójdzielnym dochodzi do częstszych „spięć” i występuje efekt pioruna, odczuwany przez mnie jako potworny ból.

Cały czas zastanawiam się jak włączyć w sobie egoistę… Bo gdybym umiała skupić się tylko na sobie, na swoich potrzebach, gdybym podjęła zupełnie inne decyzje, gdybym nie myślała o ludziach obok mnie, wtedy… Wtedy zapewne nie miałabym codziennych wyładowań bólowych. Nie miałabym ciągłego bólu głowy. Nie byłabym tak zmęczona tym, żeby przetrwać każdy kolejny dzień.

Ale kiedy jestem już prawie gotowa, by coś takiego zrobić, okazuje się, że nie potrafię, bo nie umiem, nie myśleć o tym wszystkim, co wokół mnie się dzieje. Nie umiem nie myśleć o drugim człowieku…

Czasami tylko zastanawiam się, dlaczego ten „mój drugi człowiek” nie myśli o mnie. Dlaczego nie stara się zmienić swojego życia, co wpłynęłoby pozytywnie na nas wszystkich?

Szukam teraz bezpiecznej przystani, żeby poczuć spokój i zmniejszyć ból.
Szukam, ale ciągle nie znajduję…