03:11

Trzecia w nocy. Dokładnie jedenaście minut po trzeciej…
Obudziłam się. Twarz mnie pali. Chce mi się wyć. Drapię skórę na nodze, żeby receptory w mózgu odpowiedzialne za odbieranie uczucia bólu zajęły się innym punktem niż moja głowa. Drapię tak mocno, że na skórze pojawia się krew. Pomimo tego ból nie mija…
Łzy ciekną po mojej twarzy. Każda z nich wypala mi jak ogień policzek. Nie umiem jednak zatamować płaczu… Jest we mnie zbyt wiele bezsilności… Nie widzę drogi wyjścia. Za to doskonale rysuje się przede mną ścieżka bólu i cierpienia.

Jest czwarta nad ranem.
Jestem wykończona cierpieniem.

Jest szósta rano.
Myślę jak obłąkana.
Zwariowałam? – pytam sama siebie.
Liczę „barany”, żeby zasnąć, żeby odciągnąć myślenie od bólu.

Jest dwanaście minut po siódmej… To ostatnia godzina, którą zapamiętałam tej nocy.
Wykończona bólem, zasypiam.