38. dzień

Walczę o swoje prawdziwe życie. Wierzę, że w końcu musi nadejść taki dzień, kiedy nie będę cierpieć.

Boli mnie dzisiaj. Bardzo mocno. Prawdopodobnie dlatego właśnie piszę ten tekst… W obliczu bezsilności, pisanie, w jakiś sposób pomaga. Kiedy piszę, mówię o tym, o czym staram się nie mówić do najbliższych. Nie chcę oglądać ich zmartwionych oczu, znieruchomiałej pozy, współczucia… Nie chcę czuć, że obarczam ich swoim ciężarem…
Widzę to, kiedy mówię o bólu do ludzi. Dlatego staram się milczeć i piszę.

Dzisiaj jest dzień, który zaliczam do tych najgorszych. Miałam wielkie plany a teraz nadszedł czas decyzji.

– Co dzisiaj zrobię? Jaki mam wybór?

Mogę wstać i próbować  żyć. Co jakiś czas zwijać się z bólu, kiedy porazi mnie piorun TN. Myślę, że większych wyładowań będzie kilka. Mniejszych… kilkadziesiąt. Skąd to wiem? Z doświadczenia, którego wolałabym nie mieć.

Mogę też zostać w łóżku. Uznać się za pokonaną, ale nie zmuszać się do niczego. Odpoczywać. Leżeć… Nie robić nic. Byłoby łatwiej…

Coraz częściej mam ochotę na to drugie rozwiązanie. Mam coraz mniej siły, żeby wstawać. Mam coraz mniej siły, żeby żyć.

Dzisiaj… Zaraz… Chyba jednak wstanę… – mówię sama do siebie.

Czuję, że to moje zmuszanie się do życia ma sens. Pozwala zachować zdrowy rozsądek. Pozwala zachować poczucie człowieczeństwa. Pozwala na utrzymanie dystansu do choroby. Na poczucie humoru, którego coraz częściej mi brakuje. To jak walka z sobą samą. Walka o dużą stawkę, którą jest moje, własne życie.

Nie chcę pozwolić sobie na „bycie chorą”, położyć się i narzekać. Jeśli tak się stanie… Nieważne…

Dzisiaj, teraz nie przegram tej bitwy. Chcę żyć naprawdę. Chcę czuć ikochać, pomimo… Siły poszukam w swoim sercu, próbując zapomnieć o niedoskonałym ciele.