Dzień 05.

Dzisiaj jest mój piąty dzień przyjmowania marihuany. Na razie nie odczuwam żadnych efektów przeciwbólowych, za to jestem potwornie zmęczona i bolą mnie mięśnie. Ciągle chce mi się spać. Ale więcej nic specjalnego się nie dzieje. Może jeden raz…, to chyba była niedziela…, mocno zakręciło mi się w głowie. Jednak nie jestem pewna czy był to efekt działania marihuany czy olbrzymiego bólu głowy?

Ponieważ ból nieustająco mi towarzyszy, od piątku „psikam” sobie marihuaną, na zmianę z łykaniem Zaldiaru. Tak ustalił mój lekarz. Dlaczego? Ponieważ marihuana nie działa „sama z siebie” a jedynie w połączeniu z jakimiś lekami przeciwbólowymi. Jej sposób działania polega na tym, że wzmaga intensywność i skuteczność przyjmowanego na co dzień leku. Zaldiar, który zawiera w sobie substancję czynną w postaci trammalu podobno jest bardzo dobrym mariażem. Zobaczymy…

Proces przyzwyczajania organizmu do nowej substancji, wpływającej psycho-aktywnie na mózg jest wolny, chyba dlatego, żeby nie mieć „odlotu narkotycznego”. Pierwszego i drugiego dnia psiknęłam raz, drugiego i trzeciego – dwa razy, dzisiaj jest piąty dzień i trzy „psiki”. Dawkowanie nie jest trudne. Zaczynamy od jednej dawki (jednego „psika”) a możemy dojść do dziesięciu dawek. Zmiana ilości podań następuje co dwa dni. Optymalna ilość „psików”, czyli taka, która spowoduje działanie przeciwbólowe, zależy od specyfiki pojedynczego organizmu. Na jednego człowieka zadziałają dwie dawki, na innego osiem. Smutne jest to, że istnieje granica zwiększania dawki leku. Jeżeli przy dziesięciu podaniach, ból nie ustępuje, oznacza to, że lecznicza marihuana na ten, konkretny organizm nie działa i działać nie będzie. Z tego wynika, że przede mną jeszcze daleka podróż… mam nadzieję, że ze szczęśliwym zakończeniem.

Sativex sprzedawany jest w buteleczce z rozpylającą końcówką. Taki, zwykły aerozol. Końcówkę należy wsunąć do buzi. Rozpylacz umieścić w kierunku policzka lub pod językiem i… nacisnąć. W buzi czuje się wtedy pylenie i dosyć ohydny smak. Na końcówkę z rozpylaczem należy nałożyć nakrętkę i odstawić do lodówki.
Do następnego razu.
Prosta, choć mocno niesmaczna (Yah!) historia.

Z drżeniem serca, czekam na jakąś zmianę, bojąc się, że kolejna próba wyjścia z „mojego piekła” nie zadziała.

Mimo to wrodzony optymizm każe mi na razie wierzyć, że będzie dobrze 😉