Dzień 11.

Wczoraj popołudniu zaczęły uderzać we mnie silne pioruny. Coraz więcej, coraz częściej. W końcu dopadł mnie nieustający ból.

Marihuanę biorę 11-sty dzień. Efektów chyba nie ma.

Od wczoraj leżę w łóżku i staram się nie poruszać, żeby ruch mnie nie bolał. Leżę i myślę o końcu mojego cierpienia. Czy i jak długo jeszcze tak wytrzymam… Czuję sześć bolących zębów, które chciałabym wyrwać, gdyby nie fakt, że wszystkie sześć jest zatrutych i obłożonych koronkami. Ten ból jest chyba najgorszym z możliwych w drugiej gałązce nerwu trójdzielnego. Boli nos i kość policzkowa. Skóra wydaje się ścierpnięta, równocześnie czuję, jakby chodziły po niej mrówki, jakby płomienie paliły mi się na policzku, jakby wszystko wokół zdrętwiało… Boli mnie miejsce nad okiem i oko. Boli czubek głowy i za uchem, ale najgorszy jest ból pojedynczych i wszystkich naraz części twarzy.

Boli tak bardzo, że staram się nie mówić, ponieważ nie mogę otwierać ust.
Do osiemnastej leżałam tylko z zamkniętymi oczyma lub spałam.
Nie mogę myśleć.
Nie mogę mówić.
Nie mogę czytać.
Nie mogę rysować.
Nie mogę pracować.
Nie mogę siedzieć.
Nie mogę…

Co mogę?
Cierpieć i starać się nie zwariować.

Dzień 11-sty… I Wielkie Nic.
Co przyniesie jutro?