Na zachodzie bez zmian…

Byłam w Berlinie u neurochirurga. Kilka dni zajęło mi, żeby pozbieranie się, żebym mogła cokolwiek napisać. Na początku było zbyt wiele emocji, zbyt wiele żalu, rozczarowania, ale po kolei…

Był wtorek. Wyruszyliśmy o poranku. Pospiesznie pakowaliśmy ostatnie rzeczy do toreb i wybiegliśmy z domu. Pociąg ruszył planowo. Oparłam się wygodnie i spoglądałam w mijające obrazki za oknem. Drzewa, pola, domki, lasy, ludzie… Monotonny szum pociągu w końcu mnie uśpił. Obudziłam się na granicy. Do przedziału zajrzał kontroler. Sprawdził bilety. Jechaliśmy dalej. Niedługo potem znaleźliśmy się w Berlinie. Wysiedliśmy i ruszyliśmy w stronę hotelu. Kiedy dotarliśmy do niego i usiedliśmy w naszym pokoju, położyłam się na łóżku i zasnęłam.

– Kochanie… – obudził mnie głos Zbyszka dobiegający z oddali – Kochanie, jeżeli chcemy gdzieś pójść, to powinniśmy się zbierać.

Powoli zaczęła wracać mi świadomość.

– Tak, tak… – odpowiedziałam – Już idziemy.  

Weszłam pod prysznic. Woda zaczęła płynąć mi po twarzy a w głowie krążyła mi nieśmiała myśl, że może jutro… może ktoś powie mi coś, co odmieni moje życie. Szybko odsunęłam od siebie to myślenie. Zakręciłam wodę i wyszliśmy.

Berlin to fajne miasto. Skupia sporą mieszankę ludzi. Różne narodowości, wiek, wykształcenie a wszyscy wyglądają dużo bardziej szczęśliwie na twarzach niż u nas. 

Szliśmy ulicami Berlina i byliśĶy tak zwyczajnie szczęśliwi.
– Może się przeprowadzimy – zapytał Zbyszek.
– Może… – odparłam w zadumie.

Następnego dnia rano byliśmy umówieni ze znajomym Zbyszka, Piotrem, który na stałe mieszka w Berlinie i miał nam pomóc w ewentualnym tłumaczeniu u lekarza. Czekał na nas przed hotelem. Ruszyliśmy razem na Friedrichstrasse. Ponieważ na miejscu znaleźliśmy się przed czasem, panowie zaczęli rozmawiać o swojej pasji, jaką są szachy a ja snułam się po ulicy obserwując ludzi i starając się nie myśleć o niczym. W końcu weszliśmy na górę. Dzięki pomocy znajomego, wypełniłam kilka formularzy i usiedliśmy na kanapie w oczekiwaniu na wizytę. W końcu przyszedł Profesor i zaprosił nas do gabinetu. Po wymianie pierwszych uprzejmości, przeszliśmy do meritum.

– Gdzie występuje ból – zapytał lekarz.
– W tych miejscach – zaczęłam pokazywać obszary bólowe – nad brwią, zęby, policzek aż do nosa… – wodziłam palcem po twarzy.
– A miejsce za uchem? – zapytał.
– Tu też boli, ale przede wszystkim to są te wszystkie miejsca, które pokazałam.
– To zmienia postać rzeczy – odpowiedział Profesor – dobrze, że się spotkaliśmy.

Na chwilę wstał i podszedł do mnie. Stanął za plecami i zaczął dotykać mi miejsca po kraniotomii. Dosyć mocno i dokładnie. Usiadł z powrotem w swoim fotelu i zaczął mówić…

– Myślałem, że ból jest tylko za uchem i wystarczy wykonać kranioplastykę, ale teraz widzę, że jest inaczej. Ma Pani klasyczny ból neuralgii. W takim wypadku odwołuję propozycję rekonstrukcji czaszki i uważam, że powinna Pani dalej szukać pomocy u neurologa przy pomocy odpowiedniej terapii lekowej. Należy zgłosić się też na terapię, żeby przyzwyczaić się do życia z bólem, pogodzić z nim… – mówił coś dalej, ale ja w tym momencie odpłynęłam.

– Leki. Terapia, żeby móc żyć z bólem? Jak mam żyć z czymś takim, z czym żyć się nie da? Czy ten facet choć raz w życiu poczuł prawdziwy ból? Czy wie o czym mówi? – myślałam i czułam, że za chwilę po policzkach popłyną mi łzy. Opanowałam się. Spojrzałam na siedzącego z drugiej strony stołu Zbyszka. Uśmiechał się do mnie wspierająco. Chyba wiedział o czym myślę. Skierowałam wzrok z powrotem na Profesora, który dalej coś mówił.

– Powiedz mu – zwróciłam się do Piotra – że ja brałam leki, brałam też marihuanę i wszystkie te próby skończyły się porażką. Po jakimś czasie próby brania jakichkolwiek leków na neuralgię, zawsze przerabiam ten sam scenariusz i kończę w toalecie, wymiotując. Mam też inne objawy, takie jak podwójne widzenie, chwiejność chodzenia, potworne zawroty głowy a wszystkie te doznania wcale nie mijają z upływem czasu, ale się nasilają. Do takiego stopnia, że ja lub lekarz odstawiamy tego typu leczenie. Nazwano mnie lekooporną osobą i dlatego miałam dwie mikrodekompresje.

Znajomy, płynnym niemieckim, powiedział o co prosiłam. Profesor jednak chyba nie uwierzył. Zaczął mówić o wielu preparatach i że trzeba próbować, no i najważniejsze pogodzić się z tym bólem, żyć spokojnie, leżeć…

– Aha – pomyślałam –  czy on wie o czym mówi? Nie jestem milionerką i nie mogę „leżeć do góry brzuchem”, tylko muszę pracować i zarabiać. Akurat mój zawód nie należy do profesji bezstresowych. Negocjowanie z klientami, potem projektowanie, na którym zna się każdy i każdy chce mieć swój własny wpływ na powstającą pracę, to trudny „kawałek chleba”. 

Zapytaliśmy jeszcze o to co sądzi o dwóch ewentualnych metodach, które zaproponowano mi w Polsce, czyli termolezję i stymulator. Kiedy niemiecki Profesor usłyszał słowo termolezja był naprawdę wzburzony…

– Tego zabiegu nie wolno wykonywać! – prawie krzyknął – To tak jakby Pani popełniała samobójstwo. Znam wiele przypadków, gdzie ludzie po tym zabiegu, zabijali się. Ja jestem ostatnim pokoleniem, które pamięta jak przeprowadza się termolezję a nie jestem już młody. Nikt u nas już tego nie robi.

O ile nie bardzo byłam w stanie przyjąć jego poprzednie zdania, o tyle jego reakcja na zabieg termolezji mnie przeraziła i uwierzyłam w to, co mówił. WYglądał na naprawdę przejętego i szczerego w swoim osądzie. W sprawie stymulatora był sceptyczny, ale nie wykluczał takiego rozwiązania, jednak dopiero po dwóch, może trzech latach prób z lekami. Ze względu na to, że to niebezpieczny zabieg, wiążący się ze zmianą komfortu życia.

Reasumując Profesor z Berlina radził mi nie robić operacji, tylko pozostać przy medykamentach. Próbować, próbować, próbować… Być może do końca życia. Rozłożył ręce i radził pójść na terapię, żeby zaakceptować ból. Żeby zaakceptować potworny ból, którego on sam nie zna i nie wie z czym się wiąże. Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać. Ten ból sprowadza mnie do stanu bycia rośliną. Powoduje, że nie mogę żyć normalnie, że nie mogę funkcjonować, pracować, kochać… Jest ze mną ciągle, nawet jeśli na chwilę milknie.

Kiedy wyszłam z budynku i stanęłam na Friedrichstrasse, pełnej ludzi i samochodów, łzy popłynęły mi po twarzy. Rozpłakałam się i krzyknęłam w nieparlamentarny sposób…

– Sam sobie jedz tabletki i akceptuj swój ból palancie!

Zbyt wiele emocji siedziało we mnie. Chyba też liczyłam na coś, na jakieś wyjście z sytuacji, jak się okazało. Cudów jednak nie ma. Chyba też nie ma potrzeby szukać rozwiązań za granicą. Mądre przysłowie głosi:

„Co nas nie zabije, to nas wzmocni.”

Pytanie brzmi tylko – czy neuralgia mnie wzmocni czy zabije? Na to nie mam dobrej i prawdziwej odpowiedzi.